Krokodyl
Jakie stworzenie choć w połowie
Tak jak krokodyl jest złowrogie?
W soboty on potrafi zjeść
Soczystych dzieci nawet sześć
I czuje się jak w siódmym raju,
Gdy zje po trzy w każdym rodzaju.
Z musztardą zje na ciepło chłopca
Sos ten apetyt mu zaostrza.
Niestety dziewcząt smak on psuje
Bo do warkoczy nie pasuje.
Lecz gdy w karmelu je otoczy
I zaspokoi ten gad głodny
Apetyt ostry i łagodny,
To szczyt jest smaku i rozkoszy.
W końcu to jego punkt widzenia
Bo ma już pewne doświadczenia.
Na dziś wystarczy. Pora spać.
Szybko do łóżka już się kładź….
Lecz ciiii… bo z korytarza słychać,
Jak coś tam skrada się i czycha.
Zarygluj drzwi i ładuj broń,
Schowaj się i nie podchodź doń.
Upiorny wygląd, szpetny styl.
Patrz! Tłusta, zielonkawa skóra,
Błyszczące zęby, twarz ponura.
To kroko…kroko…krokodyl.
Dentysta i krokodyl
Krokodyl z uśmiechem sprytnym, usiadł w fotelu dentysty
i mówi „tutaj i tam, dziurawe zęby mam”.
Twarz dentysty pobladła, wzdrygnął się, wstrząsnął i zadrżał.
Pod nosem tylko zamruczał: „obejrzeć będę musiał”.
Krokodyl zaś w te słowa: „Lecz najpierw zęby trzonowe.”
„Tamte na samym końcu, bo są okropnie bolące.”
Otworzył masywną paszczę: w czeluści głębokiej, strasznej
Szpiczastych zębów ze trzysta, lśniących i ostrych jak brzytwa.
A dentysta ostrożnie stanął dwa metry od niej,
Z pomocą długiej sztycy, zaczął szukać próchnicy.
Krokodyl na to surowo, „Mówiłem – najpierw trzonowe!
Za daleko mój panie, aby móc zerknąć na nie.
By rzec, czy zęby mam zdrowe, wsadź mi do gardła głowę”.
Dentysta załamał ręce, westchnął i załkał w udręce:
„Nie, nie, z tej odległości, widzę je w zupełności”
Nagle do gabinetu, wkracza jakaś kobieta…
„Ach ty nicponiu mały, znowu ci w głowie kawały”.
Dentysta wrzasnął – „Uważaj!” – po ścianie na górę włażąc
„Goni mnie, strasznie się boję, zaraz nas połknie oboje”.
Dama z uśmiechem odrzecze, uspokój się mój człowiecze.
Nie zrobi ci żadnej szkody mój mały pieszczoch krokodyl.