Roald Dahl

Krokodyl

Jakie stworzenie choć w połowie
Tak jak krokodyl jest złowrogie?
W soboty on potrafi zjeść
Soczystych dzieci nawet sześć
I czuje się jak w siódmym raju,
Gdy zje po trzy w każdym rodzaju.
Z musztardą zje na ciepło chłopca
Sos ten apetyt mu zaostrza.
Niestety dziewcząt smak on psuje
Bo do warkoczy nie pasuje.
Lecz gdy w karmelu je otoczy
I zaspokoi ten gad głodny
Apetyt ostry i łagodny,
To szczyt jest smaku i rozkoszy.
W końcu to jego punkt widzenia
Bo ma już pewne doświadczenia.
Na dziś wystarczy. Pora spać.
Szybko do łóżka już się kładź….
Lecz ciiii… bo z korytarza słychać,
Jak coś tam skrada się i czycha.
Zarygluj drzwi i ładuj broń,
Schowaj się i nie podchodź doń.
Upiorny wygląd, szpetny styl.
Patrz! Tłusta, zielonkawa skóra,
Błyszczące zęby, twarz ponura.
To kroko…kroko…krokodyl.

Dentysta i krokodyl

Krokodyl z uśmiechem sprytnym, usiadł w fotelu dentysty
i mówi „tutaj i tam, dziurawe zęby mam”.
Twarz dentysty pobladła, wzdrygnął się, wstrząsnął i zadrżał.
Pod nosem tylko zamruczał: „obejrzeć będę musiał”.
Krokodyl zaś w te słowa: „Lecz najpierw zęby trzonowe.”
„Tamte na samym końcu, bo są okropnie bolące.”
Otworzył masywną paszczę: w czeluści głębokiej, strasznej
Szpiczastych zębów ze trzysta, lśniących i ostrych jak brzytwa.
A dentysta ostrożnie stanął dwa metry od niej,
Z pomocą długiej sztycy, zaczął szukać próchnicy.
Krokodyl na to surowo, „Mówiłem – najpierw trzonowe!
Za daleko mój panie, aby móc zerknąć na nie.
By rzec, czy zęby mam zdrowe, wsadź mi do gardła głowę”.
Dentysta załamał ręce, westchnął i załkał w udręce:
„Nie, nie, z tej odległości, widzę je w zupełności”
Nagle do gabinetu, wkracza jakaś kobieta…
„Ach ty nicponiu mały, znowu ci w głowie kawały”.
Dentysta wrzasnął – „Uważaj!” – po ścianie na górę włażąc
„Goni mnie, strasznie się boję, zaraz nas połknie oboje”.
Dama z uśmiechem odrzecze, uspokój się mój człowiecze.
Nie zrobi ci żadnej szkody mój mały pieszczoch krokodyl.

Wilk

Wilk, gdy poczuł głód
Do babcinych puka wrót.
Babcia cofa się o krok
Wznosząc na przybysza wzrok
patrzy spoza grubych szkieł
Straszny uśmiech, ostry kieł
Wilk zaś mówi: mogę wejść?
On ma chętkę by mnie zjeść
Myśli babcia w desperacji
I ma absolutną rację
Babcia drobna i żylasta
Słaba – myśli wilk – kolacja
Jakoś wciąż mam to wrażenie
Że dokładka do zjedzenia
Bardzo by mi się przydała
Porcja była ciut za mała.
Tu, rzekł z nieprzyjemnym rżeniem
Czekam na uzupełnienie, 
Kiedy w czerwień strojne dziecię
Wróci ze spaceru w lesie
Szybko wkłada babci dresik
(Jasne, że go nie zjadł wcześniej)
Babci palto wciąga wnet
I mo-he-ro-wy beret
Wkłada buty, a następnie
Futro rozczesuje skrzętnie.
A Kapturek wnet przybywa
Patrzy i tak się odzywa:
– Babciu! Jakie wielkie uszy
– Nikt cię dziecko nie zagłuszy.
Rzecze obleczony paltem
Wilk udanym babci altem
– Babciu! Jakie wielkie oczy
– Nic mnie dziecko nie zaskoczy
Wilk uśmiecha się zdradziecko
Myśli: „zaraz zjem to dziecko
Z babci smakiem porównane
Jest kawiorem i szampanem. „
A Kapturek też gapi się
– Babciu! Jaką masz pelisię…
– Źle, bo zapomniałaś spytać
O me zęby – wilk zazgrzytał
– Muszę przełknąć błąd w narracji
I cię pożreć na kolację.
Dziecko z drwiną oko robi,
Sięga w majtki po korkowiec
Mierzy kreaturze w … głowę
Trach, trach – kładzie wilka trupem …
Tydzień potem, gdzieś przypadkiem
Widzę Miss Czerwony Kaptur
Całkiem nowe ma odzienie
Bez kapturka i czerwieni.
Patrzę i oczom nie wierzę…
Futro z wilczym ma kołnierzem.