Don Paterson

Deszcz

Lubię film z deszczem w prologu.
Warkocze strug na szybach domu.
Mokrej sukienki zwis pod sznurem
Zmokłe twarze zadarte w górę.
Długa, ulewna, grzmiąca burza
Na wskroś pustego scenariusza.
Przed czynem i przed oskarżeniem.
Przed kadrem w okno i zbliżeniem.
Tam gdzie kobieta siedzi w ciszy,
Albo telefon ślepo milczy,
Albo sukienka się ubłoci,
Albo dziewczyna z mostu schodzi.
Wszystko wypływa z jednej sceny:
Feralnie toczy się i pieni.
Jakkolwiek nudny jest i zły,
Film krzywdy nie uczynił by.
Więc kiedy słychać fałsz wymowy,
W kadrze mikrofon do połowy,
Albo w dialogu jakieś luki,
Zdradzają adaptację sztuki,
Gdy pojmiesz, że to złote lśnienie
Na mokrej rynnie jest złudzeniem.
Że na neonu odblask patrzysz
To wczytaj się w odbity napis:
Zapomnij mleko, krew, atrament.
Wszystko zostanie wypłukane.
Wyszliśmy z tego co wilgotne.
Synowie, córki aury mokrej.
I nic, i nic nie jest istotne.