Kolorowe światełka

Na naszej choince
Jarzą się światełka.
Kolorowe szkiełka
Jasne świecidełka.
To prąd elektryczny
Płynący w kabelku
Tworzy śliczne wzory
Na świątecznym drzewku.
Moje drogie dzieci
Czy to cud natury
Że przez kabel z sieci
Prąd popłynął z góry?
Czyż nie w elektrowni
W gigantycznym piecu
Węgiel dał energię
I światełka świecą?
Podgrzewana para
Turbinę obraca.
Turbina – prądnicę.
Oto cała praca.
Ale jak to, skąd tam
W skamieniałej bryle
Zamknięta energia?
Odpowiem za chwilę.
Węgiel – to są drzewa,
Dawno skamieniałe,
Które rosnąc, światło
Słońca połykały.
Grzecznie jedząc światło
I ciepło słoneczne
Zmagazynowały
Energię skutecznie
Węgiel to magazyn
Jest temperatury
I elektryczności.
Tak! To cud natury!

Niespodzianki

Kształtne, nieforemne,
Owalne, podłużne,
I nieokreślone.
Nieważne jak różne.
Drewniane, płócienne,
Z tektury, z plastiku,
Wydrążone w korze,
Wyplecione w łyku.
Jak ciężkie i duże,
Komiczne, poważne,
Lekkie i ulotne.
To wszystko nieważne.
Ze szkła, z drewna,
Z laki, z aksamitu,
Z kamieniem u wylotu,
Z laską dynamitu.
Śrutem w magazynku
I z nabojem w lufie,
Na kołach, w budynku,
Na głowie i w… zupie.
Z zająca i z kaczki,
Z wózka, z taczki, z paczki
Z papierowej koperty,
opatrzonej w znaczki.
Na dłoniach, na licach,
W naczyniach, donicach.
Przyniesione w kożuchu,
Lub noszone w brzuchu.
Magiczne imbryczki,
Flakoniki dżina,
Czarodziejskie bryczki,
Zamknięta kabina,
Komfortowa budka,
Maleńka kajutka,
Obłe i kanciaste,
Cudze oraz własne.
Zakryte pudełka
To nie bagatelka,
Bo w nich jest zawarta
Niewidoczna karta.
Znana lub nieznana,
Mroczna, tajemnicza,
Nieoczekiwana,
Spragniona lub skryta.
Od Taty, od Mamy
Męża i kochanki.
Lubimy prezenty
Oraz niespodzianki.

Jasełka

Już po zmroku, przy choince,
Szopkę razem urządzamy.
Dekoracje w starej skrzyni
Na okazję tą trzymamy.
Duzi będą grać postaci
Archaniołów i pasterzy,
A najstarszych trzech nestorów
Z rolą Trzech króli się zmierzy.
Zaś najmłodsi stoją w parach.
Więksi i zupełnie mali
Jak te owce zagubieni
Będą sobie pomagali.
Role dla każdego mamy:
Ignaś jako cherubinek
Staś barankiem będąc białym
Robi bardzo śmieszna minę.
Jaś przebrany za owieczkę
Bardzo głośno wnet zabeczy.
Taka miła przebieranka
Wszystkich mocno nas ucieszy.
A w kołysce w środku szopki
Leży mały niemowlaczek
Bobo bardzo uśmiechnięte
Które wcale dziś nie płacze.
Ale cóż to. O mój Boże!
Chyba jakaś to pomyłka
Zbawca w żłobie położony
To malutka jest dziewczynka.

Potrawy

Odwiedzimy Babcię Jolę
Zgromadzimy się przy stole
By wśród śmiechu i zabawy
Wigilijne jeść potrawy.

Barszcz ma uszka. Na przystawkę
Z łyżki zrobię mu słuchawkę.
W galarecie ryby drżyjcie!
Idzie tu o wasze ż(ryjc)ie.
Dalej leży danie postne,
Śledź w oleju na przekąskę.
Kto słonego śledzia ruszy
Kompot z suszu wnet osuszy.
Obok śledzia karp smażony
Wonią chrzanu odurzony.
Dorsz po grecku skromnie czeka
Nie Grek, a udaje Greka.
Cóż to wnoszą? Ach kapusta!
Z grochem czysta to rozpusta.
A pierogi z tą kapustą
Dogadzają wszelkim gustom.
Kluski z makiem lub łazanki
Nadwyrężą nasze zamki
Słodki piernik na trawienie
Ten ukoi podniebienie
Choć przesada to stanowcza
Jak nie spożyć dziś makowca
Albo nie zjeść kutii z makiem
Narodowym tym przysmakiem.

Karp

Gdzie sklepy rybne
Mają swą filę,
Po karpia stoi
Tłum na Wigilię.
Karpia dowiozą
Do sklepu wkrótce
Zmarznięci ciecie
Po małej wódce.
Z wiejskiej zagrody,
Gdzie rybne stawy,
Interwencyjne
Wiozą dostawy.
Bo tam pod lasem,
Gdzie woda zimna,
Grudniowym czasem
Wigilia rybna.
Karaś z karasiem
Trze się z ochotą.
Na dnie sadzawki
Rozgrzać chce błoto.
Skryła się płotka
W stawu opłotkach
Z drapieżnym sumem
Nie chce się spotkać.
Szczupak się trzęsie
jak galaretka.
Czerwony odwłok
Ma już krewetka.
Podkręca grzejnik
Węgorz elektryk.
Tylko karp złoty
Zaciera płetwy.
Karp wigilijny
Świąteczna ryba,
Pewny, że w wannie
Ciepłej popływa.
A potem, gdy się
Przebierze miarka,
Do gorącego
Wrzucą go garnka.

Pierniczki

Gorący piekarnik,
A w nim ułan piernik.
Hartuje się w ogniu.
Parol: „Zawsze wierni!”
Lukrowane pierniczki.
Zapnijcie guziczki,
Włóżcie rękawiczki
Bo mróz jest siarczysty.
Piernik dzielny, hoży.
Choć zamieć się sroży
On broni nie złoży.
Niestraszne mu mrozy.
Ludzika z piernika
Nie ima się zima.
Błyskawicznie znika.
Był tu i go nie ma.
Ledwo z piekarnika
Zdążysz go wypuścić
I już piernik znika
W przepastnej czeluści.

Balonik i bombka

Balon przed bombką
Wciąż się nadyma.
Sztywną oziębłość
Jej wypomina.
A bombka na to:
Ja proszę pana
Też w swoim czasie
Byłam dmuchana.

Zamieć

Dziwi się Boleś
Nagim bałwanom,
Co w mróz siarczysty
Śnieg zamiatają.
Posłuchaj koleś,
Przyszła depesza:
Zamieć, goło leć
Tam napisano.

Gwiazdor i Mikołaj

W niewielu już krajach:
Na ziemi lubuskiej,
Warmi, na Kujawach
W dawnej ziemi pruskiej,
Kiedy przyjdzie pora,
Nie od Mikołaja
Dostaniemy rózgę,
Ale od Gwiazdora.
Dotyczy to dzieci
Które są niegrzeczne
I upowszechniają
Informacje sprzeczne.
Jeśli jednak ładnie
Zmówimy modlitwę,
Dostaniemy jakiś układ
Albo… dostaniemy sitwę.

Trzech Króli

Trzech królów się stawia
W kraj zwany Arabia
Skośny, Kędzierzawy,
I ten trzeci Arab
Tak do nich przemawia:
Trójka liczba Boża,
Objawia i sprawia
Że na wschodzie zorza,
Że na wschodzie magia.
Choć tam głód i chłód
Pojedźmy na wschód.
Wprzód, pomimo kłód
Rzućmy dom i ród.
Pojedźmy na zwiad
Unikając strat,
Tam gdzieś musi być
Chrześcijański świat.

Ogień na kominku

Dawno, dawno temu,
Kiedy w holocenie
Zamiast czipów z krzemu
Robiono krzemienie,
Nasi praprzodkowie
Dla pustej rozrywki,
Palili ogniska
i inne używki.
Kiedy całe plemię
Zasiadło dokoła,
Najstarszy dziadunio
Tak do nich zawoła:
Moje drogie dzieci,
Odłóżcie już fajki
Bo nadeszła pora
Opowiadać bajki.
Odtąd wszystkie dziadki
Popijając winko,
Snują opowieści
Paląc przy kominku.

Marchewka dla Bałwanka

Jasiu, czy zjadłeś
groszek z marchewką?
Nie – zostawiłem
Marchewki ździebko.
Dlaczego Jasiu?
Dziwi się Mama.
A Jasio na to:
To dla Bałwana.
Z groszku Bałwanek
Będzie miał oczy,
A marchew w nosek
Się przeistoczy.

Las zimą

Wraz
Ścichł las
Ciemny las zimą
Udaje, że śpi.
W zimową noc cichą
Coś tam mu się śni.
Słychać poświst wiatru
W dębowych konarach.
I trzeszczenie mrozu
Gdy skradać się stara.
Woda nie śmie kapać
Z sopli na gałęzi.
Niedźwiedź nie śmie chrapać
W gawrze wśród korzeni.
Zając nie stuka łapą o ziemię
Ze strachu i z zimna w swej norze,
Bo dzieci już śpią wraz z małżonką
I zbudzić ich przecież nie może.
Sarny zbite w ciasną gromadkę w gęstwinie
Czekają na świt, kiedy cisza i ciemność przeminie.
I kiedy obudzą się zimowe szare ptaszki ze świergotem.
Ale to dopiero długo po północy, długo, długo potem.
Poza tym – niczym, jest zupełnie cicho.
Jak nie w lesie – samotnie i smutniej.
I nie dzieje się nic absolutnie,
tak jak w tym wierszyku.

Dzwonki

Znam ja różne dzwonki:
Jak dzwonek na przerwę,
Dzwon samochodowy,
Gdy masz zbytnią werwę.
Dzwonek śledzia i karpia
Z wigilijnych potraw.
Dzwonki komórkowe
Telefonu Piotra.
Dzwon co dzwoni głośno,
Albo po kryjomu.
I ten co zabije
Nie wiadomo komu.
W wysokiej dzwonnicy
Dzwony naszej fary.
Dzwonki w kamienicy.
Sań jasne janczary.
Dzwonek, który rano
Budzi mnie do pracy
Dzwony Jasnej Góry
„Na mury rodacy!”
Ale najpiękniejsze
I najsłodsze brzmienie
Mają dzwonki złote
W Boże Narodzenie.

Kulka na sznurku

Kulka na uwięzi
Zakręcona krąży.
Przez rok cały pędzi
Aby na czas zdążyć.
Mistrzowskiej roboty
Nie do zatrzymania
Zegar, co odmierza
Według kalendarza.
Ten zegar co krąży
To nadludzka miara
Naszych błahych dążeń
I codziennych starań.
Zasady fizyki
Obojętnie patrzą,
Że ktoś się urodził,
Albo że ktoś zasnął.
Kosmiczna zabawka.
Jakież ma znaczenie
Nowy Rok czy nawet
Boże Narodzenie.

Opłatek

W Wigilię mój dziadek
Szedł do gumna z opłatkiem
By podzielić opłatek
Z koniem i krów stadkiem.
Krowy z wdzięcznością
Składały życzenia:
Zdrowia, pomyślności
I Bożego Narodzenia
Rogate, lecz pełne kultury
Żadnych bodzeń ni ryków.
Łagodne z natury.
Full wypas. Po byku.
Z wyrazem stoickim
Chciały się podlizać,
Nadstawiały… wymiona
Żeby była spyża.
Zaś koń, zżarł opłatek prostacko.
Na despekt takiego kalibru
Mam do powiedzenia tylko jedno:
Brak savoir-vivre’u.

Sanna

Nostalgia poranna,
Zima wciąż zachłanna.
Mróz i kwarantanna
Nuda nieustanna.
Ale dzisiaj z rana
Spadła z nieba manna.
Każdy pan i panna
Zawołał – hosanna!
Basia i Zuzanna
Poprosiły Jana:
Pojedźmy na saniach
Do szopy, do siana.
Gdzie Najświętsza Panna
Położyła Pana
Co wyczekiwany
Była już od zarania.

Pasterka

Po wieczerzy wigilijnej
Starodawny zwyczaj każe
Oraz historie biblijne
By się udać przed ołtarze.
Wieczór bardzo wolno płynie
I czas chwilę tą odwleka,
Na północną dziś godzinę
Każdy niecierpliwie czeka.
Nagle w ciszy i skupieniu
Słychać dzwonki, kapłan wchodzi
I ogłasza w uniesieniu:
Bóg się nam narodził.
Buchnie śpiew z tysiąca gardeł
Poprzez wioski oraz knieje
Głosy niosą słowa ważne:
Bóg się rodzi, moc truchleje.
Jeśli teraz mnie spytacie
Jest li prawda w sakramencie?
To odpowiedź mam gotową:
Jeśli jest, to w tym momencie.

Kolędnicy

Przybieżeli kolędnicy do chaty,
Pasterz z gwiazdą oraz turoń kudłaty.
Śmierć w białym prześcieradle,
Trzej królowie, anioł, diabeł
Z widłami. Z widłami.
Otwierajcie gospodarze chałupę,
Zapraszajcie kolędników na zupę.
Do stołu wraz siadajcie
Tylko nam zaśpiewajcie
Kolędę. Kolędę.
Turoń kłapie swoją paszczą pociesznie:
Jak się z wami przy tym stole pomieszczę?
Mróz w polu trzaskający,
Kożuch na piec gorący
Położę. Położę.
Turoń w sieni łeb odstawił do kąta,
Zza kożucha ludzka głowa wygląda.
Z turonia spod kożucha
Zrobiła się dziewucha
Rumiana. Rumiana.

Na sianku

Pszczółki lubią sianko
W stogu hen za lasem.
Na sianku bzykanko
Odbywa się czasem.
Na sianku beztroska,
Na sianku sielanka.
Bywało, bywało
Zatrzęsienie sianka.
Na sianku pachnącym
Miodowym pachnidłem,
Deszcz pszczółki pokropił
Wiosennym kropidłem…
Przeminęło lato
z wiatru czułym tchnieniem,
Z nim jesienne smutki.
Noc długa, dzień krótki
I siup – narodzenie!
 

Marchewka dla Bałwanka

Jasiu, czy zjadłeś
groszek z marchewką?
Nie – zostawiłem
Marchewki ździebko.
Dlaczego Jasiu?
Dziwi się Mama.
A Jasio na to:
To dla Bałwana.
Z groszku Bałwanek
Będzie miał oczy,
A marchew w nosek
Się przeistoczy.

Niemowlę ludzkie

Dziś nam narodzone
Dziecko nie dojrzewa
Do żłobu kładzione
Jak co rok od nowa.
Jak zdoła ta głowa,
Malutkie kończyny,
Nieporadna mowa,
Zbawić nasze czyny?
Rozumiem. Co roku
Czekamy na Ziemi
Na ten cud po zmroku.
Gdyby jednak zmienić
Zasadę bezlitosną
I w spokoju zostawić
Aby mógł dorosnąć
Aby mógł nas zbawić.
Dlatego zapewne
Nic tu się nie zmienia
I nie chcą się spełnić
Pobożne życzenia.